Artykuł o multiMEDICA

Przychodnia kliniki zajmuje cały dwupiętrowy budynek. Wcześniej prowadzona  w tym miejscu różnego rodzaju działalności, w czasie ostatniej wojny było tu nawet kasyno wojskowe. Marek Belda pracuje w dwóch gabinetach. Pierwszy typowo lekarski, jako że sam jest lekarzem – urologiem. Drugi natomiast służy przyjmowaniu gości i jest miejscem bardziej reprezentacyjnym. Z petentami rozmawia zza solidnego antycznego biurka z orzecha, z wysuwanym blatem z boku. Doktor żartuje, że ktoś na początku XX wieku przewidział myszkę komputerową. Innym jego ulubionym miejscem jest wygodny skórzany fotel stylizowany na mebel z poprzedniej epoki. Nad biurkiem na ścianie umieszczono duże zdjęcia, na którym widać go w towarzystwie swoich synów: Piotra i Maciej. Wszyscy ubrani w kombinezony, z nartami, na tle francuskich Alp.

 

Obok żeglowania, narty to jedno z moich hobby. Od 12 lat bodajże tylko dwa razy opuściłem którąś z tych przyjemności – opowiada. – Jeżdżę także na motorze Crusier. Wszystkie te rzeczy są dla mnie symbolem wolności – dodaje.
Innymi ciekawymi obiektami są na pewno trzy zdjęcia na sąsiedniej ścianie. Wykonane zostały przez Michała Matusiewicza w Kabulu, a przedstawiają sędziwych staruszków tego miasta. Jedna z fotografii trafiła nawet do Newsweeka. Właściciel gabinetu przekonuje, że to są dobre duchy tego miejsca. Na uwagę zasługuje mosiężna rzeźba, prezent od znanego rzeźbiarza Stanisława Wysockiego odpowiedzialnego między innymi za projekt dla wrocławskiej Powodzianki. Podarunek znalazł miejsce na biurku i jak przystało na specjalizację Marka Beldy, ma kształt… falliczny, choć podobno przedstawia kobietę.
Najbardziej wyrazistym przedmiotem jest na pewno prezent od jednego z pacjentów doktora z wymowną dedykacją widoczną na zdjęciu. Szafka została wykonana własnoręcznie i obecnie ze względu wielkość małych szufladek, służy jako kuchenny przybornik.
- Nie ma większej satysfakcji niż zadowolenie pacjenta. Od tego tu jesteśmy, aby im pomagać i jeśli się to udaje, jestem niezmiernie szczęśliwy - opowiada.

Oczywiście jeśli w parze z zadowoleniem idzie wynagrodzenie finansowe, wtedy jest optymalnie – dodaje.
Na korytarzu, pod sufitem, zawisł duży żyrandol zdobiony między innymi mosiężnymi głowami baranów. Prezent od mamy. Był za duży do jednorodzinnego domku i dlatego, zanim trafił tutaj, przeleżał 10 lat w piwnicy.
Marek Belda Akademię Medyczną we Wrocławiu ukończył w 1983 roku. Jak opowiada, jego rodzina z medycyną związana jest od czterech pokoleń. On sam już na wycieczkach w szkole podstawowej nie rozstawał się z apteczką. Trochę później, w szkole średniej, potrafił zaaplikować zastrzyki swojej babci.

Gdybym mógł wybrać jeszcze raz, zdecydowałbym się na ten sam zawód. Otrzymałem talent i czerpię z tego radość. Chciałbym, aby klinikę w przyszłości przejęli moi synowie, także już związani z medycyną – podkreśla.

Dziękuję za rozmowę.